Moja droga do Anonimowych Narkomanów

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nikogo nie chcę przekonywać do mocy mitingów ani do drogi zdrowienia. Z własnego przykładu wiem, że namawianie na cokolwiek często daje odwrotny efekt, dlatego pragnę tylko i wyłącznie podzielić się moją historią. Wnioski wyciągnięte po jej przeczytaniu zostawiam już Tobie, droga osobo czytająca.

Moje picie zaczęło się dość wcześnie. Pierwsze samodzielne wakacje na obozie. Mając 13 lat, w głowie niepewna siebie mała dziewczynka, szukająca aprobaty, chcąca zaimponować starszemu towarzystwu. Skończyło się piciem do tzw. odcinki, czyli straceniem świadomości. Był to mocny wstęp do mojego uzależnienia, który z roku na rok postępował. Zaczęłam się po cichu buntować, kłamać i oszukiwać mamę która samotnie mnie wychowywała. Zaczęłam uczyć się perfekcyjnej manipulacji, ponieważ w jej oczach chciałam być idealną córką. Początkowo alkohol dawał mi ukojenie. Lubiłam siebie będąc po spożyciu. Z szarej myszki stawałam się tą odważną dziewczyną, którą tak bardzo pragnęłam być. Od 14 roku życia zaczęłam regulować sobie emocje alkoholem oraz wchodzeniem z jednej relacji w drugą. Moje transfery miłosne były bardzo płynne, bez żadnych przerw na poznanie siebie, kim tak naprawdę jestem. Często nie kończąc jednej znajomości wskakiwałam w drugą. Frustracja rosła z roku na rok. Zatracałam siebie. Myślałam wciąż o innym, co było dla mnie wygodne bo nie chciałam myśleć o sobie.

Mama przez częste kontrole z braku zaufania, odbierała mi komfort picia.  Podjęłam więc szybko decyzje o ucieczce. Wyprowadziłam się z domu mając 19 lat, z chłopakiem którego znałam bardzo krótko. Oczywiście był to kolejny krok do mojej klęski. Chłopak jak się później okazało zdradzał mnie, a ja płynnie przeszłam do relacji z kolejnym. I tu żarty się skończyły. Oprócz kolejnej relacji miłosnej, facet ten pokazał mi moją nową wielką miłość – narkotyki inne niż alkohol.

Na początku było niewinnie. Dla zabawy. Później nie było już między nami dobrze, dopóki nie zażyliśmy. Zaczęłam brać dużo i często. Nie przeszkadzał mi dzień tygodnia. Zaniedbałam wszystko. Zaczynając od rodziny, przyjaciół, zaniedbywałam pracę, wszystkie obowiązki. Jednak najbardziej zaniedbałam w tym wszystkim samą siebie. Tak bardzo uzależniłam się od niego  i narkotyków, że przez 2 lata godziłam się na poniżenia, obelgi, szantaż emocjonalny, podnoszenie ręki. Straciłam swoją godność, a moje poczucie własnej wartości było głęboko zakopane pod ziemią. Jedynym rozwiązaniem jakie widziałam to alkohol i inne substancje. Aby tylko załatać dziurę w samej sobie i znaleźć chwilowe ukojenie. Chłopak oczywiście odszedł do innej. Ja zostałam sama ze śmietnikiem w głowie i w życiu. Nie znałam innego życia. Nie chciałam poznać. Zaczęłam przygodne znajomości. Wybierałam osoby egoistycznie pod siebie, które dawały mi komfort picia i zażywania.  Żyłam totalną samowolą. Moja ukochana substancja, uwalniała we mnie osobę którą pragnęłam być. Nagle robiłam się radosna, rozgadana, pewna siebie. Czułam się boginią życia. Trwało to dopóki nie budziłam się następnego dnia z kacem fizycznym i moralnym. Czasami w domu, czasami w nieswoim łóżku. Brak jakiejkolwiek kontroli wygrywał. Zawsze po tym wszystkim czułam ogromny wstyd, bałam się wziąć telefon do ręki. Najchętniej nie wychodziłabym z łóżka. Brałam zazwyczaj sama, po cichu. Nie chciałam wyjść na ćpunkę którą byłam. Kłamstwo przejęło moje życie a pętla na szyi zaciskała się.

Na mojej drodze pojawił się dawny znajomy z liceum. Wspólnie zażywaliśmy prawie od pierwszego spotkania. Mocne dawki emocji skończyły się ciążą po 3 miesiącach od spotkania. Miałam zostać mamą nie wiedząc kim tak naprawdę jestem. Żyjąc w iluzji, miałam wziąć odpowiedzialność za życie małego człowieka i moje.  To mnie przerastało. Niesamowita jest intuicja matki bo w nową rolę weszłam w miarę gładko. Tata mojej córki niestety nie wyszedł z czynnego uzależnienia i poszedł do ośrodka terapii uzależnień na rok. A ja znowu została sama. Z maleńkim dzieckiem… W głowie marzyłam aby skończyć karmić i się napić.

Wróciłam do czynnego uzależnienia po 16 miesiącach od narodzin mojego dziecka. Ze zdwojoną siłą. Zaczęłam kupować tańszy alkohol (żeby tylko klepnęło), ćpać sama gdy położyłam dziecko  spać. Czułam jak codzienne tonę. Zrobiłam wiele głupot, nie widząc ratunku i chęci na inne życie. W podświadomości chciałam się zmienić głównie dla mojego dziecka. Ale obsesja i obłęd choroby uzależnienia były silniejsze.

W krytycznym momencie, moja Siła Wyższa nie zawiodła. Pewna osoba z troski o moje życie, zaprowadziła mnie na mój pierwszy miting Anonimowych Narkomanów. Nie odezwałam się na nim słowem. Siedziałam jak wryta, łzy ciekły mi po policzkach, słuchając historii innych. Kolejne dwa dni przepłakałam mając w świadomości to że właśnie przyznaje się przed samą sobą że jestem alkoholiczką i narkomanką – uzależnioną. Pierwszy tydzień bez picia był trudny ale dostałam na mitingach coś czego nie miałam. Dostałam nadzieję i wsparcie.

Telefon zaczął dzwonić z pytaniami – Hej co u Ciebie? Jak się dziś czujesz? Moja głowa nie była w stanie pojąć tego jak kogoś może interesować moją osobą a tym bardziej mój nastrój. Bezinteresowna życzliwość to był dla mnie obcy termin. Zaczęłam uczęszczać regularnie na miting, zaczęłam terapie. Podjęłam walkę. Małymi krokami zaczęłam stawać w prawdzie o samej sobie. Zaczęłam się przyznawać kim jestem, zaczęłam akceptować że nie jestem wykreowaną w iluzji osobą idealną i jest to w porządku. Zaczęłam myśleć o sobie. Poznawać się. Pytać siebie: co lubię a czego nie lubię. Jakie mam marzenie, na co JA mam ochotę.

Czystość daje mi możliwość poznania najważniejszej osoby w moim życiu, którą okazuje się ja sama. Moje poranki zaczynają się od spokoju ducha, dzięki porannej modlitwie i mówieniu do siebie – Dziś się nie napijesz to będzie dobry dzień. Nie muszę się bać poczucia wstydu, nie boje się że nie pamiętam co robiła kilka godzin wcześniej. W gorszych momentach, które oczywiście bywają, prosiłam Boga o godzinę lub dwie bez picia.. a potem o następne godziny aż mijał dzień a ja kładłam się spać czysta i wdzięczna. Problemy w moim życiu nie zniknęły, ale dzięki temu że nie zażywam pojawiły się nowe drzwi i osoby w pomocy do ich rozwiązania. Poczułam, ze nie jestem sama. Proszenie o pomoc to jedne z wielu narzędzi których się uczę właśnie dzięki Wspólnocie.

Przestałam regulować swoje emocje substancjami i zaczęłam wykorzystywać dary oraz sposoby jakie oferuje wspólnota NA. Mechanizm choroby jest ten sam. Samowolą doprowadziłabym do tragedii dla siebie i mojej rodziny. I choć popełniam błędy bardzo często i jeszcze będę popełniać ich masę, zawsze w mojej głowie mam argument, że przynajmniej jestem czysta. To dla mnie cud. Podjęcie walki o moje życie, jest najtrudniejszym a zarazem najpiękniejszym darem.

Wiem, że gdyby nie mitingi, Wspólnota NA, dodatkowo terapia i przede wszystkim zawierzanie Sile Wyższej mojego życia, nie byłabym w tym miejscu w którym jestem dzisiaj, zbliżając się do pierwszego roku życia w czystości.

Magda, zdrowiejąca uzależniona. 🍀

Jedna odpowiedź do „Moja droga do Anonimowych Narkomanów”

  1. Awatar 24 godziny
    24 godziny

    Dziękuję

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *